BORÓWKOWA GÓRA TCHNIENIA
Dodane przez Administrator dnia Czerwiec 14 2019 12:44:03

BORÓWKOWA GÓRA TCHNIENIA

25 maja 2019 roku wyskoczyliśmy z młodzieżą, kilkoma rodzicami i osobami towarzyszącymi w pobliskie góry czeskie. Od lat kołatała się we mnie myśl, że przygotowania do bierzmowania mogłyby wiązać się z takim właśnie wypadem, z takim dniem skupienia. Dopiero jednak w tym roku udało się ten pomysł zrealizować – jak trudno jest pogodzić troskę o poszczególne grupy, równo rozkładać w niej akcenty, zwłaszcza gdy ma się męską, czyli kiepską przerzutność uwagi…he he!
Auta zaparkowaliśmy na Przełęczy Lądeckiej. ”Macho” zgłosił się do dźwigania gitary. Zielonym szlakiem ruszyliśmy w kierunku szczytu Góry Borówkowej. Mniej więcej w połowie drogi rozsiedliśmy się na polanie z widokiem na Śnieżnik. Słońce przyjemnie przypiekało – to jeszcze nie były te męczące upały! Usadowiliśmy się w kręgu. By się pomodlić i trochę pozastanawiać. Zaczęliśmy od śpiewu. W dłoniach Leszka zagrała gitara. Ćwiczyliśmy tę piosenkę od kilku tygodni, by teraz mogła zabrzmieć swobodą, lekkością, harmonią. „Zapach trawy wzmaga się, idzie wiosna, lepszy dzień. Pan przychodzi w burzy, aby zbawić ludzi, życie nieść…”. Potem chwila medytacji różańcowej z motywem zesłania Ducha Świętego w treści. Następnie wezwanie do kontaktu wzrokowego i moja przemowa. Takie słowo przyjazne, ojcowskie, wszak znamy się prawie całe ich młode życie. Czytaj dalej...


Rozszerzona zawartość newsa

BORÓWKOWA GÓRA TCHNIENIA

25 maja 2019 roku wyskoczyliśmy z młodzieżą, kilkoma rodzicami i osobami towarzyszącymi w pobliskie góry czeskie. Od lat kołatała się we mnie myśl, że przygotowania do bierzmowania mogłyby wiązać się z takim właśnie wypadem, z takim dniem skupienia. Dopiero jednak w tym roku udało się ten pomysł zrealizować – jak trudno jest pogodzić troskę o poszczególne grupy, równo rozkładać w niej akcenty, zwłaszcza gdy ma się męską, czyli kiepską przerzutność uwagi…he he!
Auta zaparkowaliśmy na Przełęczy Lądeckiej. ”Macho” zgłosił się do dźwigania gitary. Zielonym szlakiem ruszyliśmy w kierunku szczytu Góry Borówkowej. Mniej więcej w połowie drogi rozsiedliśmy się na polanie z widokiem na Śnieżnik. Słońce przyjemnie przypiekało – to jeszcze nie były te męczące upały! Usadowiliśmy się w kręgu. By się pomodlić i trochę pozastanawiać. Zaczęliśmy od śpiewu. W dłoniach Leszka zagrała gitara. Ćwiczyliśmy tę piosenkę od kilku tygodni, by teraz mogła zabrzmieć swobodą, lekkością, harmonią. „Zapach trawy wzmaga się, idzie wiosna, lepszy dzień. Pan przychodzi w burzy, aby zbawić ludzi, życie nieść…”. Potem chwila medytacji różańcowej z motywem zesłania Ducha Świętego w treści. Następnie wezwanie do kontaktu wzrokowego i moja przemowa. Takie słowo przyjazne, ojcowskie, wszak znamy się prawie całe ich młode życie.

Telewizji właściwie nie oglądam - nuda i propaganda - ale wczoraj, przed zajęciami w przedszkolu, przy posiłku, dla swoistego towarzystwa, włączyłem odbiornik. Trafiłem akurat na „Pytanie na śniadanie”. Gościem programu była Agata Bogusz, która uprawia tzw. nurkowanie swobodne (freediving). Opowiadała o tym, jak wstrzymuje oddech na 6 minut i schodzi na głębokość 85 metrów. O tym, czego doświadcza w takich okolicznościach przyrody. Że potrzebuje takiego oderwania się od tego, co na zewnątrz. Od świata sztucznego, „przebodźcowanego”, w którym trudno się nie zgubić i nie zwariować.
Myśmy dziś oderwali się od codzienności z podobną motywacją. Chcemy zanurzyć się w tym, co naturalne. Wyciszyć, ucieszyć, usłyszeć, poczuć. Zamiast wodnej głębiny wybraliśmy wspinaczkę. Górę. Jej motyw pojawia się w Biblii jako miejsce szczególnych duchowych doświadczeń (wystarczy wspomnieć Synaj czy Tabor). Spróbujmy tak właśnie przeżyć i wykorzystać tę wyprawę!

W tym moim mocno osobistym wystąpieniu najpierw chcę Wam bardzo podziękować. Za Waszą sympatię. Czuję się przez Was lubiany. Otaczacie mnie życzliwością i wsparciem. Nierzadko ta Wasza serdeczność znacząco umniejsza moją księżowską samotność i pewnie chroni przed niejednym wariactwem. Znamy się długo, więc wiem, co mówię!
Chcę też Was przeprosić. Nie za to, bynajmniej, że Was tłukę z czułością…he he! Zwłaszcza za to, że poświęcam Wam za mało czasu. I uwagi. Wiem to. Żałuję. Na swoje usprawiedliwienie mam może trochę to, że, jak wiecie, ciągnę więcej niż jeden etat. Nasza parafia jest maleńka. Nie ma kościelnego, nie ma gosposi, nie ma kancelisty. A, żeby nie kuleć finansowo, trzeba mi też dorabiać, więc…Ale czy inny los dźwigają na przykład Wasi rodzice? Nie będę się więc użalał. Z pewnością mogłem częściej i uważniej być z Wami, a nie byłem – przepraszam!
I prosić Was chcę. Zwłaszcza o jedno. Postarajcie się „nie wylewać dziecka z kąpielą”. Wiecie, jaki teraz czas dla Kościoła. Kolejne afery, skandale, brudy gorszą i zabijają nadzieję. Spróbujcie się im nie dać. Dajcie Kościołowi szansę oczyszczenia, przy jednoczesnym ocaleniu w nim owego Dziecięcia – Zbawiciela! Oczywiście, to Wasze życie, Wasza wolność i zrobicie to, co uznacie za stosowne, ale nie zapominajcie o mojej prośbie. Nie decydujcie pochopnie, nie ulegajcie reakcjom tłumu. Miejcie swój rozum. Walczcie o swe szczęście i serce!

I na koniec coś w formie świadectwa. Nie bardzo lubię tego typu uzewnętrznianie się, ale może pryzmat tych minionych jedenastu lat, które razem spędziliśmy, pozwoli Wam skorzystać twórczo z tej opowieści. Być może ten wspomniany czas ją uwiarygodni. Uczyni ciekawą i sugestywną.
Z okresu, kiedy byłem mniej więcej w Waszym wieku (jakieś 40 lat temu, mamma mia!), dwa momenty uważam za przełomowe, istotne. Pierwszy. Idę ulicą Kościuszki we Wrocławiu. Jest rok 1980. Na mijanych zakładach pracy transparenty informują o trwającym strajku. Bunt. Sprzeciw. Wobec nijakości, zniewolenia, apatii. Z każdym kolejnym krokiem wsącza się we mnie jakaś dziwna radość. Skąd ona? Z nadziei i świadomości, że można żyć inaczej. Nie jak automat, który cały tydzień chodzi w kieracie z myślą o niedzieli (weekendów jeszcze chyba wtedy nie było), kiedy to wreszcie będzie mógł poimprezować. Jestem wolnym człowiekiem! W znacznym stopniu ode mnie zależy to, co i jak przeżywam. Nie wszystko, wiadomo, ale wiele. Każdy dzień jest ważny, chcę by był sensownym, dawał poczucie spełnienia i satysfakcję.
I drugi moment. Kilka lat później. W ramach wspomnianego przebudzenia doszedłem do wniosku, że Kościół mi się przejadł i nic mi już nie daje. Przestałem chodzić na religię. W mojej klasie technikum był jednak pewien chłopak, który nie dawał mi spokoju w tym względzie i nalegał, bym z nim poszedł na spotkanie pewnej grupy duszpasterskiej. Zalatywało mi to dewocją, ale dla odzyskania owego spokoju zgodziłem się na jednorazową (byłem pewien!) wizytę. I tak oto niespodzianie przystałem do tej grupy. Co mnie zatrzymało? Zaimponował mi ksiądz. Swoim wysportowaniem, humorem i szczodrością. No i dziewczyny były całkiem normalne i fajne…he he!
Na którymś ze wspólnych wyjazdów wakacyjnych jednak nadużyłem mocno zaufania naszego opiekuna (młodym w górach opowiedziałem to w szczegółach). Nie tylko ja, ale mnie to jakoś szczególnie zaciążyło. Ksiądz rozwiązał obóz. Wróciliśmy do Wrocławia. Zrzekł się opieki nad naszą grupą. Był załamany. A ja? A ja to dopiero popadłem w depresję…Trzy dni chodziłem, jak w amoku. Nie potrafiłem tego zrozumieć, ani udźwignąć emocjonalnie. Przybijał mnie dogłębny smutek. I znowu ta ulica Kościuszki. Tym razem przy zbiegu z Gwarną. Jakaś niezwykła iluminacja (wiem, brzmi to dziwacznie!), która wydobyła mnie z dołu. Oświecenie umysłu, w którym nagle wszystko ułożyło się w spójną całość. Ciepło na sercu, które jakby przytulił sam Bóg. Siła w duszy, zdolna przenosić góry. Radość w głębi i na gębie. Co to było? Wierzę, że jakieś moje osobiste Zesłanie Ducha Bożego. Taką mam nadzieję!
Świadomość i doświadczenie, o tym chciałem Wam opowiedzieć. Że są ważne. Że jak się na nich oprzecie, to udźwigniecie to życie z sensem. Nie bez trosk i cierpienia, wiadomo, ale z myślą, że warto - tego Wam życzę całym sobą!


Śpiew na zakończenie. Błogosławieństwo. Wystarczy! Czas na kanapki. I wygłupy. I poderwanie d…I wędrówkę dalszą. Na szczycie trochę nas deszcz schłodził, ale widok z wieży (nawet Pradziada mogliśmy podziwiać) żywot nam osłodził. Powrót wesoły, rozgadany. Za Edytką nie mogliśmy wprost nadążyć…he he! Na dole ognisko kiełbasiane. Rzucanie się sianem. Piotrek oczywiście chciał jeszcze na pizzę do Javornika, ale na to już nie przystalim. Czas w pojazdy i do chat. Z wrażeniem, że dzień udany. Prawdziwy. Potrzebny. Jedna z tych chwil pięknych, które w człowieku zostają. Które coś dają. Oby!

Wasz Wojtek, Wasz proboszcz

WIĘCEJ ZDJĘĆ